Z notatnika młodego stażysty (całość)

  • 24.12.2019, 10:18
  • Albert Kopański
Z notatnika młodego stażysty (całość)
Dla wygody czytelników - stażysty pisma zebrane :)

Wszystkie opisane poniżej zdarzenia i sytuacje miały miejsce w jednej z placówek ochrony zdrowia na terenie powiatu kozienickiego w nieodległej przeszłości, acz jeszcze za rządów poprzedniej dyrekcji, opisane są zaś z subiektywnej perspektywy stażysty, zatrudnionego na stanowisku pracownika gospodarczego. Autor nie twierdzi, że przedstawiony stan rzeczy jest obecnie aktualny i adekwatny do rzeczywistości, takie jest też stanowisko redakcji.

 

 

Część I

 

Kadry

 

– No więc chce pan u nas pracować?

– W sumie to nie wiem jeszcze, czy chcę, bo zbyt wiele mi w tym Urzędzie Pracy nie powiedzieli. Tyle tylko, że nazywa się to „pracownik gospodarczy”.

– No, to jest bardzo proste. Są właściwie dwa stanowiska, ale... hm, sprzątać by pan pewnie

nie chciał, więc to drugie. Będzie pan woził odpady medyczne. Czysta praca, każdy stażysta

dotąd sobie chwalił. Wszystko będzie już przygotowane, pan tylko kilka razy dziennie zwozi.

– Czyli... też pościel z oddziałów i takie tam?

– Nie, to robią salowe. Pana interesują tylko odpady. Dostanie pan wózek i panie z Działu

Higieny panu wszystko wytłumaczą.

 

Szkolenie BHP

 

– No więc... tu pan sobie przeczyta jakie są rodzaje i kody odpadów, jakie zagrożenia. Dam

panu chwilkę.

– Hmm, rozumiem, że będę pracował w jakimś fartuchu, odzieży ochronnej?

– Nie, na pana stanowisku to nie będzie potrzebne.

 

Dział Higieny

 

Pani z Działu Higieny ma swoją bazę operacyjną w piwnicy, a pani, którą tam spotykam, jest bardzo miła i rzeczowa. Z powodu sezonu urlopowego nie ma kierowniczki, więc to ona oprowadzi mnie po placówce. Pokazuje mi całą trasę, jaką będę codziennie przez pół roku pokonywał, pchając lub ciągnąc wózek, o którym w następnym odcinku. Sekwencja wydaje mi się na tyle złożona, że wyciągam notes i notuję – z miłego zaskoczenia mojej przewodniczki wnioskuję, że jest to inicjatywa na tym stanowisku nowatorska.

 

Spalacz

 

Po zwiedzeniu trasy w głównym budynku, udajemy się do spalacza, który sąsiaduje z chłodnią.

Uprzedzając: spalacz niczego nie spala, chłodnia zaś niczego nie chłodzi. Jedyne obecne w

pomieszczeniu spalacza rzeczy, które robią to, czego można się po nich spodziewać, to waga i

zamrażarka. Waga służy do ważenia odpadów medycznych – sporządzane codziennie raporty są podstawą rozliczeń z firmą, która raz w tygodniu odbiera odpady medyczne do utylizacji.

Zamrażarka... ujmijmy to tak: jako dzieciak zakradałem się z kolegami na teren szpitala, poszukując tego fascynującego i przejmującego dreszczykiem grozy legendarnego miejsca, gdzie przechowuje się wszystkie odcięte ręce i nogi, bo gdzieś przecież trzeba. Okazuje się, że byliśmy całkiem blisko…

 

Spalacz niczego nie spala, ponieważ się spalił. Takim wyjaśnieniem uraczy mnie w najbliższych dniach najstarszy pracownik Działu Technicznego, który robił wszystko, widział wszystko i każdemu chętnie o tym opowie. Taki spalacz to nie byle co: wielkie to i drogie, ale za to załatwia istotny problem generowanych codziennie odpadów i w dodatku umożliwia szpitalowi dorobienie sobie, ponieważ mając takie cudo można za opłatą przyjmować odpady od innych placówek. Ten konkretny egzemplarz zarabiał na siebie ponoć na tyle intensywnie, że w krótkim czasie padł z powodu zbyt intensywnej eksploatacji. Nie wiem, czy to prawda, sprzedaję za tyle, za ile kupiłem. Tak czy inaczej, spalaniem zajmuje się obecnie podmiot zewnętrzny i wszystko funkcjonuje plus minus sprawnie.

 

Chłodnia

 

Chłodnia, która niczego nie chłodzi, to nieco większy problem. Koliduje to z prawnie wymaganym stanem rzeczy na tyle, że... nic konkretnego się z tym nie robi. W wypełnionym zazwyczaj workami z odpadami medycznymi pomieszczeniu chłodni wisi termometr, który działa i wskazuje jakąś temperaturę – zupełnie możliwe, że prawdziwą – która jest jednak poza sezonem zimowym na ogół nie do przyjęcia, toteż redagowanie zeszytu pomiarów, nad którym stażysta trzyma pieczę, jest zajęciem wymagającym kreatywności. Codziennie rano i przed fajrantem trzeba wpisać tam coś, co będzie wyglądało plus minus prawdopodobnie i jednocześnie mieścić się będzie w dopuszczalnych ramach.

 

Ten drobny niuans stanowił jedynie przedsmak, czego jednak – o tym dowiecie się Państwo w kolejnych odcinkach.

 


 

Część II

 

Wózek

 

Wózek na odpady medyczne to okropne bydlę. Zdecydowanie większy od wózków do rozwożenia posiłków czy pościeli, jest prawdopodobnie największym tego typu pojazdem w placówce. Na wysokość sięga mi to niemal do ramion, jest ode mnie zdecydowanie szerszy i długi chyba na 2 metry. Jest zatem pojemny – to dobrze, bo od tego zależy, ile stażysta się nachodzi. Jest też gabarytowo ogromny – to źle, bo od tego zależy, ile stażysta sie nastoi. Nastoi się zaś przed drzwiami szpitalnych wind, wypróbowując w myślach wszelkie znane sobie zaklinania i komponując nowe.

 

Windy

 

Windy szpitalne to dla stażysty przekleństwo. Te do przewozu chorych i personelu są niezawodne, przestronne i bardzo często puste. Pod względem logistycznym idealnie nadawałyby się do przewożenia wózka z odpadami medycznymi, którego rzecz jasna przewozić nimi nie wolno. Z wózkiem należy w jakiś sposób wpasować sie do windy, którą przemieszczają się chorzy samodzielni i odwiedzający. Windy te są mniejsze, często się psują i zazwyczaj wypełnione są ludźmi. Postawa "no cóż, nie będę Państwu sprawiał kłopotu, pojadę następną" bardzo szybko stażyście przechodzi i wchodzimy w tryb asertywny: błyskawiczna ocena sytuacji, energiczne PRZEPRASZAM, sprawne ustawienie obecnych pod jedną ścianą (to jedyny sposób, bo resztę windy zajmie wózek) i jedziemy. Rzadko zdarzy się ktoś krnąbrny, częściej ktoś ciekawy. Wózek zazwyczaj bywa podejrzewany o bycie częścią szpitalnego cateringu, bywa jednak i inaczej.... Pewnego razu winda się zatrzymuje, ładuję się z pojazdem do środka, stajemy pod ścianą z drobną starszą panią, która przez chwilę nic nie mówi, po czym zbiera się na odwagę i zerkając znacząco na wózek pyta: "Proszę pana, czy może mi pan zagwarantować, że jesteśmy tutaj sami?"

 

Noga

 

Noga nie stanowi wyzwania. Mogłoby się wydawać, że jej cielesna lapidarność powinna, choćby dla przyzwoitości, spotkać się z nutką grozy i fascynacji, ale w ferworze spełniania swoich obowiązków stażysta ma na głowie większe wyzwania (na przykład windy), wobec których rzeczowość nogi schodzi na dalszy plan.

 

Wśród odpadów medycznych istnieją kategorie: 18 01 03 to wszystko, co miało kontakt z wydzielinami ludzkiego ciała (opatrunki, zużyte rękawiczki, cewniki, etc) i może stanowić źródło infekcji. Większość przepisowych, czerwonych worków zawiera właśnie tego typu asortyment, jest to, rzec można, codzienność i standard. Oprócz tego mamy plastikowe wiaderka ze zużytymi igłami i skalpelami – na te trzeba uważać szczególnie, prawidłowo powinny być dodatkowo zapakowane w tekturowe pudła, zaklejone i opisane (przeważnie nie są). Mamy kategorię 18 01 82, czyli pozostałości z żywienia pacjentów oddziałów zakaźnych, oraz najrzadszą, clou programu: 18 01 02. Czym jest 18 01 02? Jak dowiedziałem się pierwszego dnia od miłej pani doktor, są to ni mniej, ni więcej tylko większe kawałki.

 

- To znaczy???

- No, na przykład noga.

 

Tu należy się czytelnikom wyjaśnienie: czerwone worki na odpady medyczne wyglądają na ogół jak... foliowe czerwone worki, tyle że opisane przy pomocy markera lub naklejki z kodem, nazwą jednostki i oddziału oraz datą. Noga w czerwonym worku wygląda jak noga w czerwonym worku. Grubo opakowana, ponieważ trafia do niego chyba ze wszystkimi towarzyszącymi podczas amputacji materiałami. Na worku znajdujemy przeważnie kod, plus czasem dopisek AMPUTACJA. Jest to zrozumiała zapobiegliwość, bo omyłkowe pozostawienie takiej nogi w chłodni, która niczego nie chłodzi, byłoby wysoce niefortunne. Noga musi trafić do zamrażarki – która akurat na szczęście działa bez zarzutu.

 

Oddziały posiadają własne, mniejsze wózki na odpady, do tymczasowego ich przechowywania. To z nich stażysta wszystko odbiera. - tak to na ogół wygląda. A jeśli ten oddziałowy wózek będzie akurat komuś potrzebny? Ano, wówczas może zdarzyć się i tak, że wczesnym popołudniem, wprost na podłodze, na korytarzu, którym ludzie jakby nie było chodzą choćby w odwiedziny, spoczywa sobie w rogu czerwony pakunek. Gdyby hipotetyczny odwiedzający zboczył w jego kierunku, zastanowić mógłby go jego sugestywny kształt. Nie musiałby na szczęście długo dumać, ponieważ tym razem ktoś najwyraźniej uznał, że kod to za mało, amputować zaś można przecież różne rzeczy, wobec czego opatrzył pakunek wypisanymi markerem wielgachnymi literami układającymi się w napis NOGA.

 

 

PS Gwoli jasności: opisana wyżej sytuacja była jednorazowym incydentem.

PPS Ludzka noga (od kolana w dół) waży przeciętnie 4,5 kg.

 


 

Część 3

 

BHP

 

Zasady BHP to przy pracy z odpadami medycznymi podstawa. Worków dotykać można jedynie w rękawiczkach. Tych jednak w żadnym razie nie wolno nosić chodząc po szpitalu, wobec czego prawidłowa procedura wymagałaby podprowadzenia wózka na miejsce, założenia rękawiczek, załadowania wózka, zdjęcia rękawiczek, przemieszczenia się do kolejnego punktu odbioru, założenia rękawiczek… Dość powiedzieć, że rękawiczki są jednorazowe i jak wszystko w jednostce ściśle reglamentowane, by jasne było, że teoria musi tu ustąpić praktyce. A w razie czego - stażysta z definicji przecież dopiero się uczy.

 

Podobnie jest zresztą z zawartością wózka. Szpitalne odpady to przecież nie tylko te medyczne, ale i zwykłe śmieci, tekturowe pudła, worki z plastikowymi butelkami, pojemniki po lekach… w teorii dobrze by było, by odpady medyczne zawsze wożone były osobno. W praktyce wygrywa logistyka i wygoda – pamiętacie Państwo ustęp o windach?. A że do zwykłego śmietnika trafiają potem czasem worki ubabrane krwią i innymi wydzielinami? Bywa. Na obronę placówki należy przytoczyć, że z czasem wszystko zaczęło zmieniać się na lepsze, pojawił się drugi wózek przeznaczony tylko do wożenia makulatury i butelek, potem być może rozdzielone zostały w transporcie i pozostałe odpady, tego nie wiem. Byłby to miły gest wobec osób zajmujących się potem przetwarzaniem tych „innych” śmieci, formalnie rzecz biorąc niestanowiących zagrożenia biologicznego.

 

Sanepid

 

Crème de la crème. Wizyty Sanepidu, podobnie jak komisji związanej z ISO to wspaniały pokaz mobilizacji personelu i zarazem demonstracja nowego poziomu dynamiki dowodzenia. Czy stażysta potrzebuje identyfikatora? Przez pierwsze trzy miesiące nie, potem potrzebuje go od zawsze i na wczoraj. Zeszyt kreatywnego notowania temperatur wędruje do sprawdzenia (i uzupełnienia), na stanowisku pracy pojawia się środki czystości. Co do tych ostatnich, stażysta zostaje pouczony: skoro przez trzy miesiące wystarczał mu mop sztuk jeden i możliwość płukania go zimną wodą z węża, szczęście z posiadania nie dwóch, ale od razu aż sześciu egzemplarzy winno go olśnić, wobec czego kwestionowanie polecenia „te 3 są do użytku, te 3 mają LEŻEĆ” byłoby czarną niewdzięcznością. Tym bardziej, że darom towarzyszy prawo, a nawet nakaz regularnego oddawania ich do prania w szpitalnej pralni. A co powiecie Państwo na najprawdziwsze papierowe ręczniki? Tu polecenie służbowe studzi nasz (bo jest nas już teraz dwóch, o czym z czasem opowiem) entuzjazm:

 

- Macie chłopaki, tylko z tym nie szalejcie. Żeby w razie czego BYŁY.

 

Rozumiemy zatem, że otrzymane przez nas dwie rolki mają przede wszystkim podnosić morale, inspirować i pełnić funkcję dekoracyjną.

 

W Dzień Sądu Sanepid niby był zapowiedziany, a jednak zaskakuje: wychodzą nagle zza rogu, gdy przed pomieszczeniem dawno wygasłego spalacza myję swój wózek po pierwszej tego dnia rundzie.

 

_ A pan co tu robi?

- A ja ja myję sobie wózek.

 

Odpowiadając czuję się dość pewnie, ponieważ myję pojazd prawidłowo, z użyciem stosownych środków odkażających (tych akurat nigdy nie brakło), mam też na podorędziu prawidłowo uzupełniony zeszyt, w którym tego rodzaju mycia należy odnotowywać.

 

- A dlaczego pan jest tak ubrany?

 

Trochę mnie to dezorientuje, bo wydaje mi się , że jestem ubrany normalnie, po czym dociera do mnie, że problem polega właśnie na tym, że jestem ubrany normalnie. Wraca do mnie reminiscencja z pierwszego dnia stażu i otrzymanego podczas szkolenia BHP zapewnienia, że fartuch nie będzie mi potrzebny. Zgadnijcie, co dostanę jeszcze tego dnia? Choć „dostanę” to chyba za dużo powiedziane, ponieważ w zasadzie dostaję jedynie polecenie, by jakieś fartuchy, sztuk dwa, sobie znaleźć.

 

Tymczasem jednak kierujący komisją rozgląda się po moim spalaczu, pyta o ważenie odpadów, zamrażarkę… na razie wszystko jest OK. Chce jednak zobaczyć również naszą niechłodzącą niczego chłodnię i tu wiem już, że może być słabo. Chłopaki z firmy odbierającej mają akurat dziś przyjechać, ale póki co worki piętrzą się chwiejnie pod sam sufit. Co więcej – pech – gdy inspektor zagląda do pomieszczenia, akurat na wprost jego twarzy znajduje się kompletnie nieprzepisowy, zwykły czarny worek na śmieci, którego żadną miarą nie powinno tam być. W dodatku dziurawy, malowniczo dyndają sobie z niego jakieś cewniki czy coś w tym rodzaju. Gdy inspektor żąda ustalenie jego pochodzenia, jest to niewykonalne, ponieważ opis znajdował się zapewne na kawałku szpitalnego plastra, który gdzieś odpadł, co stanowi kolejne wykroczenie. A skąd w ogóle taka czarna owca, niejedyna zresztą, bo czujne oko inspektora namierza zaraz kolejne, we wszystkich możliwych kolorach? Cóż, reglamentacja materiałów i przewidywanie zapotrzebowania sobie, a faktyczne potrzeby sobie. Żaden oddział nie jest w stanie zaprzestać produkcji odpadów medycznych tylko dlatego, że akurat nie ma na nie właściwych opakowań. Gdyby szukać przyczyny obecności tego niefortunnego obiektu w tym czasie i miejscu, należało zapewne przejść całą hierarchię odpowiedzialności od samiuśkiego dołu (to chyba ja) do góry, a i tak nie przyniosłoby to raczej sensownych rezultatów, poza ogólną konkluzją, że winny jest system. Tymczasem jednak inspekcja spisze, co jej się nie podobało, przedstawi zalecenia i przyjedzie wkrótce znów, by sprawdzić, jak są wdrażane.

 

SPOJLER: obok spalacza i naszej niechłodzącej chłodni, stoi kontener-chłodnia, należący do szpitala, ale wynajmowany aktualnie firmie odbierającej odpady. W dniu kolejnej wizyty Sanepidu przerzucimy do niego z kolegą o 7 rano w 20 minut jakieś 5 ton odpadów, co prawdopodobnie stanowi jakiś rekord. Kontener ma bowiem tę zaletę, że choć również niczego nie chłodzi, pozostaje w dyspozycji firmy zewnętrznej i jako taki nie może być przez kontrolujący szpital Sanepid nawiedzony.

 

Ja tymczasem będę teraz wyglądał nader poważnie w prawdziwym fartuchu, z prawdziwym identyfikatorem, mogąc wreszcie korzystać ze szpitalnej pralni i swobodnie władać aż połową przydzielonych mi mopów.

 

 

 

Część IV

 

Praca i lektura

 

Ileż pracy i zaangażowania wymaga sumienne spełnianie obowiązków pracownika gospodarczego zajmującego się odpadami medycznymi?

 

Nie za wiele. Praca ta wydaje się idealna dla kogoś, kto nie jest za bardzo leniwy, bo czasem jednak trzeba się sprężyć, ale też nie aspiruje do miana przodownika. Nie dziwi mnie zupełnie, że stanowisko to nie istniało ponoć, gdy nie było akurat stażysty, ponieważ nie mając innych obowiązków sprawny pracownik jest w stanie ogarnąć wszystko, co trzeba… no, powiedzmy w 4 godziny. To połowa formalnego czasu pracy. A reszta? Można pokręcić się po terenie z miotłą, można z kimś pogadać, można też pójść do garażu, pełniącego rolę składu makulatury i popatrzeć, czy nie trafiło się akurat coś ciekawego do poczytania. Bo z oddziałów wyrzucają codziennie różności i zdarzają się perełki: niżej niepodpisany przestudiował i „Sławnym pacjentów endokrynologicznych”, i „Podręcznik medycyny sądowej” (po której to lekturze człowiek zaczyna patrzeć na tramwaje z dużym respektem), nie odpuścił też wyraźnie nawiązującemu do dzieł Pollocka „Atlasowi chorób grzybicznych płuc”. Najosobliwszym z kuriozów wydał mu się natomiast fakt, że wraz ze zdezaktualizowanymi poradnikami na temat resuscytacji ktoś wywalił pewnego dnia nowiutkiego Ziemkiewicza – być może dlatego, że działo nosiło paramedyczny tytuł „Michnikowszczyzna. Zapis choroby”.

 

Zakładowe Centrum Wymiany Informacji

 

Aby jednak dać stażyście dodatkowe zajęcie między obchodami, jednostka nadrzędna deleguje go do pomocy przy rozlewaniu płynów. Płyny to wszystko, czego salowe używają do utrzymywania szpitala w czystości. Rozdzielane i przygotowywane są codziennie w specjalnym pomieszczeniu, gdzie albo rozrabia się koncentrat danego płynu i rozlewa do przynoszonych z poszczególnych oddziałów kanistrów, albo rozpuszcza okrutnie śmierdzące tabletki medicariny. Przydział tego akurat świństwa otrzymuje codziennie i stażysta, ponieważ służy ono do mycia wózka, tudzież neutralizacji plam z krwi.

Ta godzina czy półtorej spędzone w rozlewni płynów to dla na ogół samotnie snującego się korytarzach stażysty najfajniejsza część dnia. Sporo jest w tej mojej relacji kierowanych w różne strony zgryźliwych komentarzy, ale sympatia dla pań salowych jest jak najbardziej szczera. Niezależnie od grafiku i kolejności rozlewania zawsze tworzy się kolejka, toteż w małym pomieszczeniu zawsze gromadzi się sporo osób i... cóż, tu po prostu toczy się życie. Tu można dowiedzieć się o wszystkim, co dzieje się w szpitalu, z perspektywy osób, które muszą po tym wszystkim sprzątać. Epidemia zielonej biegunki na wewnętrznym? Wiemy wszystko. Szczególnie ekstrawagancki bądź zwyczajnie upierdliwy pacjent? Spokojnie, RODO nie obejmuje ogólnych opisów. Przedświąteczne po(d)rzucanie starszych domowników…?

 

No właśnie. Skoro odbiegliśmy już od ironicznej konwencji, teraz jeden akapit zupełnie serio. Pracując w szpitalu, po raz pierwszy usłyszałem o paskudnej i najzwyczajniej w świecie bardzo smutnej praktyce, polegającej na tym, że znajdują się osoby, które w okresie przedświątecznym uznają za dobry pomysł podrzucenie do szpitala dziadka, ciotki czy niedołężnej mamy, celem uzyskania swobody pozwalającej np. na świąteczny wyjazd bez troszczenia się o opiekę nad bliskimi. Nie oszukujmy się: starszego człowieka niemal zawsze coś boli i coś u niego w badaniach wyjdzie, znajdzie się więc pretekst, by zamiast z rodziną, spędził święta na wewnętrznym. Gdyby zdarzyło się tak niefortunnie, iżby osoby tego pokroju znalazły się wśród czytelników OKA, informacja dla nich: personel szpitala doskonale wie, co robicie.

 

Znachor

 

Przechadzając się pewnego dnia po terenie szpitala (o ile pamiętam, nie przyświecał mi podczas tej peregrynacji żaden konkretny cel, tu odsyłam do pierwszego akapitu) zbliżam się do spacerującego po dworze pacjenta, co dziwnym nie jest, ponieważ dzień jest bardzo ciepły. Facet przystanął i popatruje to na coś na chodniku, to na mnie, w taki sposób, że wiem, że zaraz do mnie zagada. Nie mylę się, bo gdy tylko podchodzę nieco bliżej…

 

- Masz pan kurzaje?

- Proszę??

- No, masz pan kurzaje?

 

Przez chwilę wpadam w konfuzję, zastanawiając się, czy ja źle słyszę, czy może ten gość jakimś dziwnym slangiem pyta mnie o papierosy, ale sprawa szybko się wyjaśnia.

 

- Bo wiesz pan, to jest dobre na kurzaje… - mówi facet, schylając się i wyrywając spomiędzy płytek chodnika jakieś zielsko z drobnymi żółtymi kwiatkami. Następnie łamie łodygę i demonstruje mi sposób użycia, smarując sobie dłoń wypływającym z badyla sokiem.

 

W ten oto sposób posiadłem wiedzę o niezawodnym sposobie na kurzajki, którym niniejszym się dzielę.


 

 


Część V (EPILOG)

 

Każdy staż dobiega kiedyś końca. Koniec zaś... cóż, wypadałoby, by nosił znamiona jakiegoś podsumowania, prawda?

 

Chodzi wszak przecież w tym wszystkim, od strony wytycznych Urzędu Pracy patrząc, o nabycie nowych kompetencji i doświadczenia zawodowego, które pomoże długotrwale bezrobotnemu odnaleźć się na rynku pracy. Jak ma się ta optymistyczna teoria do praktyki?

 

Optymizm i zaradność

 

Z całą pewnością na stażu tego rodzaju można nauczyć się optymizmu, zaradności i niezrażania się, gdy środki i sytuacje zastane do optymizmu specjalnie nie zachęcają. Spalacz nie spala, chłodnia nie chłodzi, termometr nie mierzy temperatury (i dobrze, bo byłaby nie do przyjęcia), papierowe ręczniki służą do dekoracji, a mopy do tego, żeby były? Stażysta nawet nie zauważy, kiedy wszystkie te przeciwności losu brał będzie za codzienne, nie warte głębszej refleksji tło. Okaże się bowiem, że zadanie wyszczególnione w stażowych papierach jako

 

pomoc w utrzymaniu należytego stanu sanitarno-higiniecznego pomieszczeń na wyznaczonym odcinku pracy oraz przedmiotów, mebli znajdujących się w tych pomieszczeniach poprzez przeprowadzenie procesów mycia i dezynfekcji

 

ze znakomitym efektem wykonywać można dysponując na co dzień jednym mopem i szlauchem z zimną wodą. Mamy wszak zresztą na podorędziu również kanister z roztworem medicariny, która podobno skutecznie neutralizuje krew oraz inne ludzkie tkanki i wydzieliny, jakim zdarza się od czasu do czasu szukać szczęścia na wolności. Nie zna życia ten, kogo nigdy nie zaatakował kilkukilogramowy worek odpadów z urologii, zaskakując nadzwyczajną sprężystością i zwodniczą nieprzewidywalnością kłębowiska zużytych cewników. Wobec takich przejść, wszystko inne jawi się jako betka, a duma z okiełznania takiego potwora napawa optymizmem na cały dzień.

 

Współpraca

 

Tego akurat naprawdę można się tu nauczyć. Bez współpracy, także tej nieformalnej i dogadywania się z ludźmi, nie da się w takiej placówce sensownie funkcjonować. Jeśli stażysta liczyłby, że to system podaruje mu np. środki ochrony górnych dróg oddechowych, by umożliwić wysprzątanie garażu na makulaturę z podłogą zasłaną 10-letnią chyba warstwą kurzu i pyłu, albo wymycie chłodni po odebraniu odpadów przez firmę utylizująca (wyobraźcie sobie pomieszczenie o temperaturze nieco tylko niższej od pokojowej, w którym przez kilka dni składowano wielką stertę worków, z których zawsze wycieka krew i inne różności, a oprócz tego walają się części opatrunków, strzykawki i tak dalej)… to by się przeliczył, najlepiej więc po prostu przedstawić swoja sprawę miłym paniom, którym pomagamy w rozlewaniu tzw. płynów i które z tej racji dysponują tego rodzaju gadżetami. My pomożemy komuś, przewieziemy coś przy kiepskiej pogodzie, coś podrzucimy – w kluczowym momencie dostaniemy za to potrzebne akcesoria, radę, ktoś pożyczy nam sprzęt, pozwoli w potrzebie przejechać się windą, którą formalnie jeździć nam nie wolno. Inicjatywa oddolna to klucz do sukcesu, gdy systemowa papierologia rozkłada ręce.

 

System zresztą też miewa swoje problemy…

 

Zaskakująca intensyfikacja amputacji

 

- Chłopaki, jest prośba. Trochę nam się tu w biurze nie bilansuje rozliczenie jak trzeba, jest za dużo 18 01 03, a za mało 18 01 02. Jakbyście teraz mogli powpisywać codziennie kosztem tego 18 01 03 trochę 18 01 02…

 

- Trochę, to znaczy ile?

 

- No, do końca roku żeby było tak z 350 kg.

 

- Yyyy, no dobra, spróbujemy.

 

Skłamałem. Tzn. nawet chciałem pomóc, ale… nie będę udawał, że pamiętam teraz dokładne liczby, ale ogólnie rzecz biorąc do końca roku było niedaleko, więc przy uwzględnieniu prośby musielibyśmy codziennie wymyślać kilkanaście kilogramów zamówionego artykułu. Sęk w tym, że, jak może pamiętacie z części II, 18 01 02 to właściwie dwie rzeczy: łożyska i amputowane nogi. Spełnienie prośby mogłoby zatem wzbudzić podejrzenia, czemu nagle zaczęło się rodzić tyle dzieci, lub, co gorsza, czemu szpital dzień w dzień amputuje średnio 3 nogi na dobę. Jako, że z końcem roku dobiegał końca i mój staż, olałem temat i wkrótce dałem – nomen omen – nogę.

 

Co ciekawe i być może znamienne: o ile mi wiadomo pytająca również była stażystką.

 

Podsumowując…

 

Podsumowując - było fajnie. Jeśli nie macie pomysłu na wakacje, serdecznie polecam szpitalny staż na stanowisku pracownika gospodarczego, która to praca jest absolutnie wolna od jakiejkolwiek odpowiedzialności i stresu. Wszystkich pracowników, z którymi miałem styczność, w tym w szczególności kolegę, z którym współpracowałem, a o którym nie wspominałem, bo pewnie by tego nie chciał, szczerze i serdecznie pozdrawiam. Szanowna Dyrekcjo: panie salowe, które macie na etatach, to skarb. Dajcie im od czasu do czasu odpocząć. Pozdrawiam również panie kierujące moim działem, choć pewnie zarzuciły czytanie tego cyklu po pierwszym odcinku, oraz pracowników działu technicznego, w szczególności pana L. Mam nadzieję, że co złego, to mimo wszystko nie ja.

 

Kto wie zresztą, czy to wszystko od początku do końca nie zostało zmyślone...

 

 

 

 

Stażysta

 

 

Albert Kopański

Zdjęcia (5)

Podziel się:

Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu _______. _________ z siedzibą w ________ jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe