Coś kosmicznego w stylu lat 90.,czyli... XThe

  • 20.11.2020, 13:43 (aktualizacja 20.11.2020, 17:53)
  • Albert Kopański
Coś kosmicznego w stylu lat 90.,czyli... XThe
Formalny koniec projektu Muzyczne Kozienice to nie koniec naszego zgłębiania kozienickiej sceny. Dziś z Krzysztofem Sztukiem, wokalistą, basistą i autorem piosenek, przez lata znanym przede wszystkim z French Letters, a dziś, jak się okazuje, śmiało przemierzającym nieco inne - choć nieodległe - muzyczne rejony, rozmawiamy o jego zespołach, muzyce, wspomnieniach i pewnej bardzo ważnej dla Kozienic postaci, której niestety już z nami nie ma.

 

Tygodnik OKO: Zacznijmy może od końca: grasz gdzieś w tym momencie?

Krzysztof Sztuk: Oczywiście! Gramy nadal z Damianem [Damian „DanDan” Kędziora, perkusista m.in. French Letters] - z którym gram zresztą razem prawie całe życie - i Maćkiem, naszym kumplem z Warszawy w zespole XThe. Zagraliśmy z tym składem dwa koncerty w Kozienicach u Zielonego i dwa w Warszawie, ostatni w Hybrydach, zaraz przed tym, jak rozpoczęła się pandemia. Teraz jesteśmy w trakcie robienia drugiej EPki, jest ona obecnie na etapie miksów. Pierwsza, “Patostream”, jest od roku dostępna na Spotify i nie tylko.

 

 

OKO: Czyli... czekaj, iksde jak taki uśmieszek [XD]?

K.S.: No właśnie nie! Widzisz tu chodzi o grę słów. Jest tam “X” i “The”, jak, no nie wiem, The Beatles, The Sex Pistols czy coś w tym stylu. Razem: XThe.

 

OKO: OK, teraz czaję. Czyli - XThe, EP-ka do znalezienia na Spotify...

K.S. Otóż to. To też jest ciekawa sprawa, bo tę EPkę robiliśmy sami, własnym sumptem. Nagraliśmy ją w Kozienicach u nas na sali, a produkował nią Koniu, który jest zresztą skądinąd dość znany z tego, że grał na kozienickiej scenie z różnymi zespołami, m.in. z takiego projektu Różowy Fluid, kojarzysz?

 

OKO: Tak, w KDK [w roku 2013 - przyp. red.] zagrali całą płytę “Dark Side Of The Moon” Floydów.

K.S.: Dokładnie. I teraz Koniu naszą płytę wyprodukował, to jego pierwsza produkcja w życiu. Nie jest to pewnie najświetniej brzmiąca EP-ka na świecie - ale jest, nam się podoba!

 

OKO: Zanim posłucham - co gracie? Jaki gatunek, styl…

K.S.: Określamy się jako “90s rock”. Dlaczego? Bo chcemy niekoniecznie grać jakiś konkretny gatunek, rocka, punk rocka czy coś tam jeszcze w ten sposób sprecyzowanego, tylko po prostu staramy się robić muzę, która będzie brzmiała jak dźwięki z lat dziewięćdziesiątych. Taki jest nasz klimat, na tym się wychowaliśmy, lubimy taką muzykę i to samo nam naturalnie wychodzi.

 

OKO: Czyli to co robicie, mimo że jest w tym zespole dwóch członków French Letters, to nie jest kontynuacja Frenchów, tylko już inny lot?

K.S.: Jeśli chodzi o Frenchów, to rozmawialiśmy i... hmm. No cóż, jest bardzo prawdopodobna reaktywacja. Za jakieś 15-20 lat [śmiech]. Wiesz, chłopaki są teraz w zupełnie innym miejscu - życie, obowiązki…

 

OKO: Ty nie myślisz o składaniu broni?

K.S.: Wiesz, gdybym też miał teraz jakieś obowiązki i nie miał na to czasu, to może byłoby inaczej, ale... Z drugiej strony: dla mnie to jest taka zajawka, że wiem, że jeśli ja teraz nie zrobię wszystkiego co w mojej mocy, żeby wyciągnąć z tego jak najwięcej, to mogę potem gdzieś na łożu śmierci żałować, że nie dałem z siebie tego wszystkiego. Kiedy człowiek jest młodszy, myśli sobie, że zawojuje świat i tak dalej - a rzeczywistość jest rzeczywistością. I tak jestem strasznie dumny z tego, że teraz udało nam się z XThe zorganizować dwa koncerty w Warszawie, na obu wyjść po odliczeniu wszystkich kosztów na plus i jeszcze na koniec usłyszeć od organizatorów, że byli bardzo zadowoleni z imprezy. Publika też. Jeśli tylko ruszy się coś z tym covidem, będą możliwości - mam nadzieję, że uda nam się wrócić z przytupem.

 

OKO: Tego Ci zatem życzę. Istniejecie od zeszłego roku?

K.S.: Nie, od 2017.

 

OKO: Czyli mniej więcej od momentu, gdy grać przestało French Letters.

K.S.: Nie pamiętam dokładnie. To nie było tak, że my się jakoś formalnie rozpadliśmy, że powiedzieliśmy sobie, że to koniec. Po prostu zagraliśmy jakiś koncert i dalej wyszło tak, że kolejnego już niestety nie było.

 

OKO: Cofnijmy się zatem jeszcze bardziej: kiedy zaczęliście?

K.S.: Tu akurat mogę powiedzieć ci dokładnie: rok 2007, z początku pod nazwą No Hurry. To już było French Letters, tylko pod inną nazwą. Skład ten sam, nie było u nas nigdy jakichś specjalnych przetasowań - oprócz tego, że po reaktywacji w 2012 doszedł do nas Koniu, wspomniany wcześniej producent EPki XThe, który wtedy grał u nas na klawiszach. To jedyna zmiana - dodanie osoby, która zawsze chciała z nami grać i zawsze czuła nasz klimat.

 

OKO: Wiem, że jeszcze wcześniej była Stalowa Gęś, ale to już prehistoria, wiele pewnie na temat tego zespołu nie da powiedzieć, wspominaliśmy go zresztą ostatnio z Kudłatym [OKO nr 17/2020] . Powiedz więc mi może zamiast tego ogólnie: jak wspominasz tamte czasy, tamte muzyczne Kozienice?

K.S.: Było zupełnie inaczej. Można to zobaczyć nawet po tym, jak San Lo Remo wygląda teraz, a jak wyglądało wtedy. Kiedyś na koncerty przychodzili wszyscy, był wręcz głód koncertowy, zawsze była ekipa, mnóstwo ludzi, zupełnie inaczej się grało. Było tak zresztą nie tylko w Kozienicach. Gdziekolwiek pojechaliśmy, ludzie chcieli uczestniczyć w koncertach, słuchać muzyki na żywo. Teraz siedzą w domach i - szczególnie dzieciaków - muza na żywo za bardzo nie interesuje. Jak wspominam? Było świetnie - tyle przygód, tylu ludzi! Zamiast jak wielu rówieśników, siedzieć pod klatką i pić piwko, my spakowaliśmy manatki i jechaliśmy grać koncert gdzieś, gdzie spotkaliśmy mnóstwo ludzi, z którymi często do dziś mamy kontakt... Nie da się tego wszystkiego opisać, to było coś kosmicznego. Na pewno ukształtowało nasze charaktery.

 

OKO: Zapytam Cię na koniec w postać bardzo ważną dla kultury alternatywnej Kozienic oraz, o ile wiem, także dla Ciebie. Zielony. Kim był dla Ciebie, czym było miejsce, które stworzył?

K.S.: Zacznijmy od tego kim był jako człowiek. Dla mnie, a prawdopodobnie nie pomylę się, jeśli powiem, że także dla setek osób, to była osoba, która zawsze była. Jego bar był tym miejscem, które zawsze było, gdzie wiedziałeś, że jeśli tam pójdziesz, to zawsze spotkasz kogoś znajomego, dzięki niemu nigdy nie musisz tego wieczoru spędzać samemu. Zawsze mogłeś iść do Zielonego i nawet jeśli tam był tylko Rafał i obcy tobie ludzie - no to zawsze miałeś co robić, z kim porozmawiać. Spotykało się tam mnóstwo ludzi - wszystkie święta, wszystkie zjazdy, gdzie ludzie po prostu przyjeżdżają do Kozienic i chcą kogoś spotkać, nie umawiając się nawet - to wszystko się odbywało u Zielonego. Prędzej czy później każdy tam lądował. Można było ot tak przyjść i spotkać kogoś, kogo nie widziałeś np. cztery czy pięć lat.

Dla mnie osobiście to było jeszcze więcej. Ja dużo tam pracowałem, pomagałem Zielonemu organizować koncerty, tak naprawdę od 15 roku życia z nim współpracowałem przy różnych projektach i uczyłem się od niego. Te dywany w trzeciej sali koncertowej wieszaliśmy my z Damianem. Dla mnie osobiście to była szkoła życia - wiele rzeczy się nauczyłem, bardzo wielu ludzi poznałem. Jako osoba on był takim dobrym kompanem dla wszystkich. Lubił się czasem troszeczkę podrażnić, ale inteligentni ludzie to kumali, bo to było takie bardzo koleżeńskie. Niektórzy tego nie rozumieli i ich to wkurzało, jasne, ale w rzeczywistości Rafał zawsze był w porządku gościem dla wszystkich.

Chodzą teraz różne plotki, jakieś głupoty - ale nikt nie mówi o tym, jak Zielony przyganiał jakieś psy ze schroniska, że organizował wystawy, wspólne oglądanie filmów…Stworzył miejsce unikalne w Kozienicach. Nie ma drugiego takiego miejsca i już takiego nie będzie, bo nikt nie myśli w ten sposób.

Co więcej mogę powiedzieć... że, tak po ludzku, czuję wielki żal, że Go już nie ma.

Żal też tego miejsca - zobacz ile zespołów tam przyjeżdżało. I to nie było wcale tak, że goście jadą do jakiegoś małego miasteczka, gdzie nic nie ma, do jakiegoś małego baru i są niezadowoleni. Nie. To było miejsce, w którym kapele z całej Polski chciały grać, same pisały “Słuchajcie, my bardzo chcemy tutaj wystąpić”. A jak już przyjeżdżały, to nawet jak publika była słaba, to oni zawsze wyjeżdżali zadowoleni z atmosfery, z ludzi, których poznali, z tego jak bardzo dobrze można się było z Rafałem dogadać.

Wiesz, on był naszym menadżerem przez długi czas. To on organizował nasze koncerty w Ostrowcu, on z nami jeździł do Łochowa, do Warszawy - i robił to wszystko nie dlatego, że miał z tego jakieś korzyści, tylko dlatego, że kochał muzykę. Jeździł nieraz nawet wspólnie z nami dopłacając do tego, żeby tylko coś się działo. To był człowiek niezastąpiony. Gość był pewnym sensie mentorem bardzo wielu ludzi - w tym moim - i przede wszystkim takim dobrym duchem, do którego każdy lubił wracać. Szkoda, że nikt nie wiedział, jak poważny jest jego stan i problemy. To jest przykre, bo on był przecież przez cały czas otoczony wkoło ludźmi.

 

OKO: Ładnie o tym opowiedziałeś. Dzięki.

K.S.: Bo pytasz o rzeczy, o których nie jestem w stanie opowiedzieć fałszywie. Do usłyszenia!

 

(wywiad ukazał się w  Tygodniku OKO, nr 19/2020 - wersja drukowana wciąż dostępna w punktach dystrybucji!)

 

 

Albert Kopański

Podziel się:

Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu _______. _________ z siedzibą w ________ jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe