NIE PODZIELAM, NIE POWIELAM, NIE BIORĘ UDZIAŁU (wywiad z Małgorzatą Boryczką)

  • 20.02.2021, 09:11 (aktualizacja 22.02.2021, 08:12)
  • Albert Kopański
NIE PODZIELAM, NIE POWIELAM, NIE BIORĘ UDZIAŁU (wywiad z Małgorzatą Boryczką) Fot. Danuta Deckert
Małgorzata Boryczka, młoda pisarka rodem z Kozienic, zadebiutowała ostatnio zbiorem opowiadań zatytułowanym swojsko „O perspektywach rozwoju małych miasteczek”, wydanym przez szanowane wydawnictwo Nisza. Na 12 marca BPGK zapowiedziała spotkanie online z autorką, my zaś już teraz zapraszamy do lektury wywiadu! Słowem wyjaśnienia: familiarny ton rozmowy wynika z faktu, że z Gosią po prostu się prywatnie znamy - jak to w małych miasteczkach bywa...

Tygodnik OKO: Jak podoba Ci się perspektywa udzielenia wywiadu prawdziwej, małomiasteczkowej gazecie? Miałaś okazję?

 

Małgorzata Boryczka: Prawdziwej małomiasteczkowej gazecie - nie, nie miałam okazji do tej pory, udzieliłam natomiast wywiadu prawdziwemu małomiasteczkowemu portalowi internetowemu, ale to jednak nie to samo, zatem jestem bardzo szczęśliwa i podekscytowana!

 

OKO: Podkręćmy zatem ekscytację: wyobraź sobie, że Twoje słowa, cała treść naszej rozmowy będzie dostępna pojutrze w gazetach rozprowadzanych np. na targu, w piekarni, w sklepach spożywczych…

 

Małgorzata Boryczka: Kojarzę, kojarzę. Mój tata zawsze mnie informuje, gdzie znalazł ostatnio OKO. Bardzo to jest ekscytujące, że można znaleźć je na targu czy w piekarni. To są właśnie miejsca, w których gazety powinny być dostępne.

 

OKO: Zgadzamy się, zgodzą się też na pewno nasi czytelnicy! Idźmy dalej: powiedziałaś w wywiadzie dla Kroniki Kozienickiej, że zainspirowały Cię Kozienice. I teraz pytanie: to, że kogoś inspiruje małe miasteczko, można rozumieć na dwa sposoby. Miasteczko to może być “moje miejsce na ziemi”, prywatny raj, Arkadia, punkt odniesienia... ale też przeciwnie: miasteczko jako przysłowiowa dziura, z której autor za wszelką cenę próbuje się wyrwać - i to jest też motywacja. Z którym przypadkiem mamy do czynienia u Ciebie - a może jeszcze z czymś innym?

 

M.B.: Chyba właśnie z czymś innym, bo… W każdym opowiadaniu mamy jednego narratora, jednego bohatera albo bohaterkę. To są po prostu zwykli ludzie, którzy sobie żyją w takim małym miasteczku i mają różne swoje problemy, czasem wynikające z tego, że mieszkają właśnie w takim miejscu, a czasem zupełnie z tym niezwiązane, tylko po prostu jakaś ich perspektywa, sposób rozumienia świata są naznaczone tym, gdzie mieszkają. Raczej nie są to opowieści, które jakoś gloryfikują małe miasteczka, w sensie konwencji typu “dom nad rozlewiskiem, ach jak tu pięknie, wszyscy się znają”, ale nie jest to też jakaś krytyka życia w małym miasteczku, a przynajmniej nie było to moim celem. Mam nadzieję, że to jest taki w miarę rzetelny obraz tego, jak się żyje w małym miasteczku, o czym się myśli, jakie się ma problemy - ale też jakie ma się możliwości.

 

OKO: Czyli to jest po prostu… o ludziach?

 

M.B.: O ludziach, to jest o ludziach. Mimo tego, że w tytule jest “o perspektywach rozwoju małych miasteczek”, to jest bardziej o ludziach i o tym, jak oni walczą z dniem codziennym, ze swoimi ograniczeniami, również z ograniczeniami tego miejsca, w którym żyją, jak po prostu walczą o to, żeby jakoś przetrwać i żeby żyć jak najlepiej i być jak najszczęśliwszymi.

 

OKO: A propos tytułu: przyłapałem Cię na konfabulacji! We wspomnianym wywiadzie dla KK powiedziałaś, że Andrzej Bursa zastanawiał się nad perspektywami rozwoju małych miasteczek. Wiemy jednak, że on w tym wierszu właśnie odmawia zastanawiania się nad nimi, stwierdzając, iż ma je w dupie!

[zbulwersowanych czytelników odsyłamy do źródła, tj. wiersza Andrzeja Bursy pt. “Sobota” - red.]

 

M.B.: To prawda, odmawia. Była to z mojej strony konfabulacja, acz miałam nadzieję, że w ten sposób ludzie sięgną po ten wiersz Andrzeja Bursy, przeczytają go sobie i się zbulwersują - albo będą czytać Bursę dalej. Chociaż wydaje mi się, że on się jednak trochę zastanawiał, bo jakby się nie zastanowił, to by tak nie powiedział zdecydowanie. Jest w tym jakiś emocjonalny ładunek, coś jednak musiało wywołać w nim tę złość i niechęć do małych miasteczek.

 

OKO: Powiedz teraz - dla kogo jest ta książka? Dla nas, ludzi z małych miasteczek, dla tych z zewnątrz, żeby dowiedzieli się czegoś o nas, dla wszystkich?

 

M.B.: To jest książka dla wszystkich, choć wydaje mi się, że więcej zrozumieją z niej i więcej emocji może wzbudzić w ludziach mieszkających właśnie w małych miasteczkach, którzy dostrzegą jakieś wzorce zachowań, pomyślą “o, a u mnie jest tak samo”. Ludzie z dużych miast... wydaje mi się, że też mogą tu coś znaleźć, czegoś się dowiedzieć. Mam wrażenie, że jednak jest trochę taki podział na prowincję i powiedzmy Warszawę czy Kraków i literatura, która dotyka Krakowa czy Warszawy i szklanych wieżowców to jest literatura wysoka, a jak ktoś pisze o wsi czy o mniejszym mieście... no, to wtedy to są jakieś tam prowincjonalne problemy. A ja tak wcale nie uważam, uważam że dokładnie te same problemy są w dużym mieście i w małym, ludzie mają równie dużo do powiedzenia w małym mieście, co w dużym - dlatego wydaje mi się, że może to być książka dla wszystkich.

 

OKO: Skoro wiemy już dla kogo, to teraz: jak powstawała? Słyszałem, że nie było to zaplanowane jako całość...

 

M.B.: Tak. Najpierw po prostu pisałam jakieś tam opowiadania. Powstawały one w bólach, przez wiele lat i bez jakiegoś konkretnego planu co właściwie chcę powiedzieć, o czym to ma być, itd. Natomiast jak zebrało się już 5 czy 6, to to się jakby wyłoniło samo. Po prostu spojrzałam na te opowiadania i zorientowałam się o czym piszę i że być może czas już jakoś to zebrać w całość - i nie bać się tego, że to są opowiadania, nie myśleć sobie o tym, że zadebiutować trzeba koniecznie powieścią. Może właśnie można wydać zbiór opowiadań i to wcale nie jest takie złe. Później poszłam na studia podyplomowe, na których dopracowałam ten projekt, złożyłam go w całość, dopisałam kilka tekstów i efektem jest taki zbiór.

 

OKO: A właśnie, powiedziałaś o studiach: jest taki stereotyp, że właściwie tylko przeszkadzają w pisaniu, które powinno wynikać z jakiegoś wewnętrznego cierpienia, potrzeby, że wtedy dopiero rodzi się literatura... Ty natomiast mówisz, że u Ciebie wynikło to z Twoich studiów nad literaturą.

 

M.B.: Zdecydowanie. Mówi się, że artysta to musi być ktoś cierpiący, przymierający głodem, najlepiej do tego alkoholik, a jeszcze jakby żonę bił to już w ogóle ideał - ale ja nie uważam, że to jest dobry archetyp i dobry model, żeby go powielać i się na tym wzorować. Mnie te studia dały przede wszystkim przestrzeń do pisania, czyli wyznaczyły mi jakieś miejsce i czas, gdy muszę usiąść i coś napisać, bo się tego ode mnie oczekuje. Dały mi cel, ponieważ w ramach studiów był organizowany konkurs i jak się wygrało ten konkurs, to się miało okazję właśnie wydać książkę w wydawnictwie Nisza, w związku z czym moim celem był ten konkurs. (śmiech). Chciałam go wygrać, chciałam skorzystać z tej okazji, że można w dobrym, szanowanym wydawnictwie zadebiutować. Mnie to wcale nie przeszkadzało, że mogłam się spotkać z innymi pisarzami, posłuchać co mają do powiedzenia, znaleźć grupę rówieśniczą, która może czytać moje teksty i je krytykować, sprawiając w ten sposób, że będą lepsze. Dla mnie to było wszystko tylko na plus.

 

OKO: To ciekawe, bo tak idąc archetypem poety przeklętego najlepiej by było, jakby autor twierdził, że wszyscy pisarze to po prostu dziady…

 

M.B.: No oczywiście że tak, ale niestety - ja tego po prostu nie podzielam, nie powielam, nie biorę udziału. (śmiech)

OKO: To nie jest jedyna Twoja publikacja, bo Twoje teksty pojawiały się także w czasopismach literackich, prawda?

 

M.B.: Tak, acz to są wszystko te same opowiadania, co w książce. Gdy poszłam na te studia, zachęcali nas tam do tego, żeby wysyłać swoją twórczość i jakoś się konfrontować z rynkiem czasopism literackich i magazynów internetowych. Zaczęłam więc wysyłać te opowiadania, ale wszystko, co się do tej pory ukazało, pokrywa się z zawartością zbioru.

 

OKO: Czas na pytanie - co dalej? Wspomniałeś o tym, że opowiadania na początek to nic złego. No i faktycznie - tak zaczynał Sapkowski, od którego, wiem to z dobrego źródła, byłaś w pewnym momencie lepsza! W kategoriach popularności w każdym razie. Zdaje się że był to ranking “Świata Książki”...

 

M.B.: (śmiech) Tak, tak, to był krótki moment mojej chwały, kiedy byłam bestsellerem tygodnia i wyprzedziłam Sapkowskiego, Mroza i i Huxleya, a później wielkim wysiłkiem wszystkich znajomych i rodziny udało mi się przegonić również Pawlikowską, co uważam, że jest w ogóle wisienką na torcie i już nic więcej nie chcę osiągnąć tą książką, to już jest wszystko (śmiech).

 

OKO: Kolejny logiczny krok to teraz powieść, później gra komputerowa...

 

M.B.: ...ekranizacja i później serial Netflixa! A tak poważnie: będę pisać powieść. Dostałam na ten cel stypendium artystyczne miasta stołecznego Warszawy i teraz przez cały rok będę siedzieć i pisać powieść.

 

OKO: Zabrzmi to - choć nie powinno - jak jakieś oskarżenie, ale… dobrze się odnajdujesz w tym naszym systemie, w tym co się tworzy dla chcących tworzyć, prawda?

 

M.B.: Korzystam z tego systemu, ponieważ inaczej jest ciężko przekonać się do tego, że pisanie ma sens, kiedy perspektywa zarobku z tego jest niewielka, a zadanie bardzo trudne, w związku z czym takie stypendia, np. artystyczne czy rezydencje literackie, wszelkiego rodzaju wsparcie jest po prostu kluczowe i niezbędne, żeby ktokolwiek, kto myśli racjonalnie o swoim przetrwaniu, brał się za pisanie. To jest bardzo pragmatyczne podejście i raczej niepopularne, bo niektórzy wręcz wolą przymierać głodem, wychodząc z założenia, że to wtedy w bólach rodzi się twórczość. Ja wolę dostać stypendium, które umożliwi mi zrobienie researchu, spotykanie się z ludźmi, których potrzebuję, żeby dowiedzieć się tego, czego potrzebuję się dowiedzieć, żeby moja książka była dobra i realizowała przyjęte założenia.

 

Nawet wśród moich współstudentów budziło to trochę zdziwienia, że ja po prostu mam jakiś tam cel i chcę go zrealizować, że siadam, piszę i składam wniosek o stypendium i tak dalej, bo to jest bardzo pragmatyczne, pozbawione romantyzmu, pozbawione tej aury mitu obcowania ze sztuką, literaturą. Proza życia, zamiast tej wielkiej prozy artystycznej. No ale coś trzeba robić, jakoś trzeba pozyskiwać na to pisanie fundusze, szukać możliwości. A możliwości jest całkiem sporo.

 

OKO: Co byś chciała na koniec powiedzieć naszym małomiasteczkowym czytelnikom?

 

M.B.: Póki co mogę powiedzieć, że zachęcam, żeby czytali książkę, i że wiem, że jest dostępna w księgarniach stacjonarnych w Kozienicach, a skoro tak, to żeby jak mają kupować, kupowali stacjonarne i lokalnie, ponieważ jest to dobre. Bardzo się cieszę z tej rozmowy, dziękuję!

 

 

rozmawiał AlKo

 

 

 

Albert Kopański

Podziel się:

Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu _______. _________ z siedzibą w ________ jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe