20 LAT TYGODNIKA OKO: "TRZEBA IŚĆ W MIASTO"

  • 13.05.2021, 18:36 (aktualizacja 14.05.2021, 17:44)
  • Albert Kopański
20 LAT TYGODNIKA OKO: "TRZEBA IŚĆ W MIASTO" Za czasów redaktora naczelnego Mateusza Pułkowskiego, w sierpniu 2008 roku, wydaliśmy setny numer OKA!
Zaczynamy! W numerze 7/2021 zasygnalizowaliśmy nasz projekt uczczenia 20-lecia OKA, którego pierwszy numer ukazał się w sierpniu 2001, retrospektywą z udziałem w jak największego grona dawnych współpracowników naszego pisma. Nieprzerwanie zachęcamy do kontaktowania się z nami w tej sprawie, tymczasem natomiast prezentujemy wywiad, jaki przeprowadziliśmy z jedną z najbardziej znaczących osób, jakie przewinęły się przez naszą redakcję: Mateuszem Pułkowskim, który w redakcji OKA pełnił wszystkie możliwe role, z funkcją redaktora naczelnego włącznie...

 

20 LAT TYGODNIKA OKO

 

Tygodnik OKO: Zanim zapytam Cię o Twój udział w tworzeniu OKA, mam prośbę: spróbuj przypomnieć sobie, kiedy po raz pierwszy OKO pojawiło się w polu Twojej uwagi.

 

Mateusz Pułkowski: Po raz pierwszy z OKIEM zetknąłem się w liceum, w 2001. Byłem wtedy w pierwszej klasie, a ono krążyło gdzieś tam między ławkami. Nie wiem, czy był to konkretnie pierwszy numer, drugi czy może trzeci…

 

Skoro “między ławkami”, to któryś z kolejnych, bo pierwszy wyszedł w wakacje…

Możliwe, w każdym razie był to na pewno początek roku szkolnego, a OKO było wtedy świeżym tematem. Ktoś je kupił czy skądś dostał, puścił między ławkami, a nawet pod nimi - i tak wyglądał mój pierwszy kontakt z tym czasopismem.

 

Kiedy zatem przyszło Ci do głowy, by nawiązać z nim współpracę, jak do tego doszło?

Wiesz, redakcja OKA to było i jest takie fajne i specyficzne miejsce na mapie Kozienic, o którym bez wielkiej przesady można powiedzieć, że przewinął się przez nie w jakiś sposób każdy, kto tu mieszkał i był zainteresowany mediami czy dziennikarstwem. Nie ma siły, żeby było inaczej - i tak też było ze mną. wiesz dobrze, że OKO nie działa w taki standardowy sposób, a przynajmniej wtedy nie działało, to znaczy tak, żeby puszczać informacje do prasy czy Urzędu Pracy o poszukiwaniu dziennikarzy i współpracowników. Do OKA trzeba było po prostu przyjść, powiedzieć “dzień dobry, ja tutaj chciałbym pracować w charakterze redaktora, czy możemy o tym porozmawiać?” - i dokładnie tak było ze mną. To był chyba listopad lub grudzień 2007, napewno już zima i sobotnie popołudnie. Udałem się do redakcji, która mieściła się jeszcze wtedy na rogu Batalionów Chłopskich. Wszedłem dosłownie z ulicy i zastałem tam redaktora Edmunda Kordasa, który akurat gdzieś się spieszył, właśnie zamykał, ale zdążyłem mu powiedzieć, że jestem zainteresowany taką a taką tematyką i chciałbym coś w tym kierunku w Kozienicach robić… Naczelny nie namyślał się długo, rzucił tylko “Przyjdź w poniedziałek” - i już we wtorek czy środę siedziałem z notatnikiem i dyktafonem na sesji Rady Miejskiej. Tak dołączyłem do redakcji.

 

Dużo tam było wtedy osób?

Nie, to zresztą zawsze była mała redakcja. I to było fajne, to był moim zdaniem plus OKA, bo nigdy nie było tak, że ta osoba zajmuje się grafiką i tylko grafiką, ta składem, ta tylko pisaniem, a tamta robi tylko zdjęcia. W OKU fajne było to, że jak się tu trafiło, to uczyło się wszystkiego, całego procesu, który prowadzi do tego, że powstaje gazeta. Od pójścia w miasto, przygotowania materiału i napisania tekstu, poprzez wstępny skład i przygotowanie grafik aż po korekty. Redaktorem naczelnym była wtedy Anna Tadra, był też oczywiście Edmund Kordas i zawsze jakieś osoby współpracujące, na stałe lub tylko cyklicznie przychodzące do OKA z jakimiś materiałami. Felietoniści, rysownicy, ktoś kto przyniósł jakiś przepis kulinarny, ktoś kto w czymś ciekawym uczestniczył i poczuł potrzebę spisania relacji… Trzeba pamiętać, że choć maile już wtedy istniały, to jednak poczta elektroniczna nie była aż tak rozpowszechniona jak obecnie i często te materiały ludzie przenosili nagrane na płytach czy dyskietkach, w formie wydruków a czasem i rękopisów, które trzeba było potem przypisywać.

 

OK, czyli jesteśmy w tym punkcie, gdy ten gość, który wszedł do redakcji z ulicy, zdążył się już zaaklimatyzować i poznać cały cykl wydawniczy. Jak doszło do tego, że poszedłeś dalej i w pewnym momencie zostałeś redaktorem naczelnym?

Powiem tak: to była fajna przygoda. Świetna była w tej pracy elastyczność, zarówno jeśli chodzi o czas pracy, jak i tematykę: nie byliśmy tutaj ograniczani, każdy mógł zająć się tym, co mu odpowiadało. Przychodziliśmy z tematem, zgłaszaliśmy naczelnemu lub naczelnej i robiliśmy. Anna Tadra w pewnym momencie przeszła do branży PR, wyjechała do Warszawy. Najpierw był wakat na stanowisku sekretarza redakcji, więc awansowałem właśnie na nie, a potem już takim szczytowym momentem było właśnie pełnienie funkcji naczelnego… chociaż trzeba powiedzieć, że jak wszystko w OKU, i ta funkcja była tu specyficzna, bo o ile standardowo naczelny to osoba która rozdziela i zbiera teksty, mówi “Ty zrób to, a Ty tamto” i co najwyżej od czasu do czasu napisze jakiś felieton, o tyle w OKU, przy tej naszej niewielkiej redakcji, polegało to raczej na ogólnym ogarnianiu i spinaniu wszystkiego od początku do końca. Fajnie wspominam ten czas. Wtedy właśnie powstała nowa makieta, zmieniliśmy format z zeszytowego na taki typowo gazetowy. To była dla nas duża zmiana, długo to planowaliśmy, ale wyszło chyba bardzo dobrze, stworzyliśmy od podstaw cały nowy layout, stałe rubryki… Niektóre rzeczy były widoczne na pierwszy rzut, nomen omen, oka, a inne były technicznymi detalami, np. zmieniona interlinia, czyli odstęp między linijkami, ale wszystkie miały jeden cel, tzn. żeby OKO się przyjemnie i wygodnie czytało. Myślę, że to właśnie wtedy OKO przeszło z wieku dziecięco-młodzieńczego w dojrzały.

 

OKO od dawna jest periodykiem bezpłatnym kiedyś jednak by przeczytać, trzeba było je kupić. Tak było jeszcze za Twoich czasów, prawda?

Tak, kosztowało ono wtedy bodaj 2 złote, dzięki czemu dużo wspomnień z tamtego czasu wiąże się z jego dystrybucją. Wszystko robiliśmy sami, więc i samemu, po partyzancku, trzeba było je roznieść do kiosków, odebrać według tabelki rozliczenia i zwroty, wreszcie dostarczyć kolejny numer. Dzieliliśmy się na grupy bojowe, które się tym zajmowały i ruszyliśmy w miasto po haracz, jak to między sobą nazywaliśmy. Jak już mówiłem: pracując w OKU tak naprawdę nie było się “dziennikarzem” czy “redaktorem”, tylko pracownikiem Tygodnika OKO, co oznaczało, że musisz iść w miasto, znaleźć materiał, napisać artykuł, złożyć numer, zrobić korektę, wysłać do drukarni, odebrać paczkę i na koniec znowu iść w miasto, aby produkt końcowy rozprowadzić.

 

Związek OKA z Kozienicami liczy sobie już 20 lat. Poznaje się ludzi, sytuacje... na pewno trafiają się takie, które są gotowym materiałem na anegdoty. Pamiętasz jakieś?

Oj, mnóstwo tego było. Teraz przyjdzie mi do głowy coś, co będzie śmieszne i Ci to opowiem, jutro opowiedziałbym coś innego, może śmieszniejszego. W tym momencie przypomina mi się taka sytuacja…

Wakacje, Edmund Kordas wyjechał w delegację, a my w redakcji kończymy numer. Nie było łatwo, bo był to totalny sezon ogórkowy: zero imprez, zero wydarzeń, nic - a numer przecież musiał wyjść. No, ale jakoś złożyliśmy już prawie całość, tyle że brakowało czegoś na pierwszą stronę i rozkładówkę. To był ostatni dzień przed wysyłką do druku, popołudnie. Co robić? Wyszedłem się przewietrzyć przed budynek redakcji, dzwonię do szefa i mówię, że mamy taki problem z 1 stroną, po czym w odpowiedzi słyszę, że tak nie może być, coś na jedynce być musi i jak nie ma, to trzeba iść w miasto i znaleźć. Polemizuję, no bo gdzie niby mam pójść o 17? Rozmawiamy o tym i nagle widzę, jak tuż przede mną, na skrzyżowaniu Batalionów z Lubelską, ma miejsce stłuczka. Taka bardzo delikatna, ledwo się te samochody musnęły. Mówię o tym szefowi, a on mi na to “o widzisz, masz już temat na pierwszą stronę”. Ja na to “nieee, przecież tu się naprawdę nic nikomu nie stało...”, no ale szef nalega, żebym poszedł zobaczył. Kierowcy zdziwieni, że ktoś im robi zdjęcia przy takiej błahostce, bo nawet policji przecież nie wzywali.. no ale co było robić? Dorobiliśmy do tego ideologię, to znaczy całkiem społecznie użyteczny tekst o tym, żeby zachowywać ostrożność, że w lecie zwiększa się ilość wypadków i tak dalej… i faktycznie poszło to na pierwszą stronę.

Tyle, że potem otwieramy paczkę z gazetami, patrzymy… a tam wyraźnie widoczna rejestracja. Wtedy mnóstwo mówiło się o ochronie danych, szef zatem orzeka: nie możemy tego tak puścić - a gazeta wydrukowana. No i co teraz? Ano to, że cztery osoby siedziały przez parę godzin z markerami i zamalowywały tę rejestrację z pierwszej strony w całym nakładzie tego numeru OKA. Tak było. Było to prawie tak atrakcyjne, jak ręczne przyklejanie płyt CD, gdy zachciało nam się kiedyś wydać numer z płytą.

 

Gdybyś miał podsumować - czegoś się w OKU nauczyłeś, wpłynęło jakoś na Twoją drogę życiową?

Na pewno. Tak jak mówiłem na początku: OKO to była taka kozienicka kuźnia dziennikarska. Można było się naprawdę wiele nauczyć i myślę, że każdy, kto przez OKO się przewinął, to potwierdzi. Redakcja była mała, więc i nauka odbywała się w formie skondensowanej. To ma przełożenie na umiejętności, które wykorzystuję do dziś. Gdyby nie OKO, na pewno nie wystartowałbym z Wirtualnymi Kozienicami (wirtualnekozienice.pl). To była dobra szkoła dziennikarska, dała mi dużo i chwała Mundkowi Kordasowi za to, że to rozkręcił i od tylu lat utrzymuje w ruchu, mimo że czasy się zmieniają, a ludzie przychodzą i odchodzą.

 

No właśnie: czasy się zmieniają, jak zatem w obecnych realiach widzisz rolę gazety takiej jak OKO w regionie?

O roli OKA najlepiej świadczy fakt, że wciąż ono istnieje i znajduje odbiorców. W dobie powszechnego dostępu do Internetu widziałbym tę rolę bardziej na polu dostarczania i konfrontowania opinii, niż informacji. Tutaj rola prasy lokalnej i w ogóle mediów lokalnych rośnie, choć niekoniecznie na polu podawania bieżących newsów. Same informacje w mediach lokalnych się powtarzają, ale już komentarze i opinie niekoniecznie - i tu widziałbym rolę i szansę budowania swojej tożsamości przez regionalne wydawnictwa. OKO w przyszłości widziałbym jako medium opiniotwórcze - z aktualnymi komentarzami, ciekawymi wywiadami, felietonami. Fajnie by było, gdyby więcej osób zainteresowanych samorządami, przedsiębiorczością czy kulturą chciało z Wami współpracować, bo wartość pisma zawsze rośnie wtedy, gdy można poznać na jego łamach różne opinie. Tak bym to widział i tego Wam życzę.

 

 

 

 

Rozmawiał AlKo

 

 

 

Albert Kopański

Podziel się:

Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu _______. _________ z siedzibą w ________ jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe